Jak przejąć kontrolę nad światem #2 (warto)

Najlepsza książka najlepszej polskiej pisarki*.

Niby drugi pakiet felietonoidów z Dwutygodnika, ale poszerzony o bardzo duży tekst o Chinach, który jest najważniejszy i najlepszy w książce.

O ile pierwsza część wydawała mi się (jeszcze) zbiorem jakich dziwnych ścinków i chujowinek, to druga to już proza na całego. Czyli coś w rodzaju gombrowiczowskiego Dziennika. Niby autorka pisze o swoim życiu, ale podmiot prozaiczny jest jednocześnie po prostu bohaterką pewnych historii ludzkich.

Bardzo mi się podobało, czyli jak tylko wyszło to kupiłem, jak tylko kupiłem to skopiowałem na czytnik a jak tylko skopiowałem to przeczytałem. Co mi się bardzo rzadko zdarza, bo na ogół mam kurwa tylko rosnące złogi i 30 stron scrollowania.

Za:

  • Tematyka tradycyjnie, szeroka, a mianowicie:
    • patodoce pseudorandkowe
    • Kuba jako detoks od społeczeństwa nadmiaru
    • maszyna do szycia jako narzędzie poznania
    • On the Road
    • kryzys męskości nie tylko na Kaukazie
    • Poczta Polska jako mikroPolska
    • Szang-Haj
    • problemy nie tylko zdrowotne, indywidualne i zbiorowe
    • Masłowska w czasach zarazy
    • Gorące szestnastki
  • Mam nadzieję że te teksty nie wyjdą po angielsku, bo podejście MC Doris do innych kultur jest z punktu widzenia aktualnego lewactwa rasistowsko-faszystowskie. I mean jak AD2020 można pisać o innych kulturach po prostu z własnego punktu widzenia, bez uwzględnienia swoich licznych priviledżów (znaczy z uwzględnieniem, ale prosty czytelnik chuja tam skuma, że z). Rozdziały o Kubie i Szanghaju są najlepsze w książce i „moje ulubione” jesli chodzi o prozę pani Dorotki. Czuję tu pewną kontrę do czułych narratorów i radosnego bieguństwa, czyli (w dużym spłaszczeniu) możliwości znalezienia przez całą ludzkość wspólnego mianownika. Dorota swoje „klasyczne” problemy z dogadaniem się Polaka z Polakiem jako formy niedogadania się człowieka z człowiekiem wzbogaciła z racji specyfiki wykonywanywego zawodu o element interkulturowy… I wnioski pozostają bez zmian.
  • Opis innych krajów / kultur bardzo specyficzny jeśli by porównać z naszymi hitowymi internacjonałami, czyli Stasiukiem i Szczerkiem. O ile u Stasiuka jest prawie wyłącznie krajobraz, a ludzi celowo brak / mało, u Szczerka ludzie są często argumentem za jakąś „ogólną” tezą odnośnie narodu, Międzymorza, czy czegoś tam, o tyle u Masłoskiej ludzie to totalne „inne światy”. Czyli „prawdziwa literatura”, Panie. Ale jednocześnie nie jest to „typowa” współczesna koniobijka literacka, nastawiona na wysoki nakład i prestiżowe nagrody („wielka powieść początku XXI wieku!!!”), tylko dłubanie w sobie w taki sposób, żeby czytelnik się żetakpowiem utożsamił z podmiotem w trakcie lektury. A przy opisie wojaży zagranicznych D. nie popada też w charakterystyczne dla wielu autorów (nie tylko wyżej wymienionych) proroctwo-beserwiserstwo („Przyszłość wszechświata widzę następująco…”).
  • Jeśli efektem indywidualnej męki twórczej jest tak ciekawa jak u M. charakterystyka współczesnego społeczeństwa / świata, to może jednak istnienie literatury (niekryminałowej / niereportażowej / nie50twarzygreja) ma jakiś sens. Bo ta książka to jest świetna „diagnoza społeczna”, która czytelnikowi z potencjalnej przyszłości powinna powiedzieć o NAS dużo więcej, niż lektura gazet czy oglądanie seriali. O ile w przyszłości kwestia „ciągłości kultury” będzie jeszcze w ogóle istotna…


Przeciw:

  • Teksty o „problemach bieżących”, czyli powiedzmy 3 ostatnie, jakby się już mejscami nieco zdezaktualizowały. I mean nie że są złe, bo co chwilę pojawia się tam świetna literatura (nic, starsi sąsiedzi, Adrian pociskający szesnastkę), ale tu by się chyba pewne odleżenie przydało. Bo czuć złe emocje / brak dystansu czy jak to zwał.

tl;dr

Masłowska kontynuuje dziennikowe tradycje Gombrowicza, Dąbrowskiej, Herlinga-Grudzińskiego czy Konwickiego. „Dziennik pisany w internecie”?

Czyli specjalistka od lisów miała rację, że „Krowa robi mleko z trawy, a kobieta z bułki”. Bardzo mi ten cytat zawsze pasuje do kwestii „robienia kultury”.

Soundtrack:

* Z wyglądu to bezdyskusyjnie. Za to zdjęcie w tym słynnym „artykule” to „redaktorom” prawicowego pudelka się należy wpierdol.

Teenage Bounty Hunters s01 (warto)

Nareszcie. Pierwszy naprawdę dobry serial of 2020. Oryginalnie miało się to nazywać Slutty Teenage Bounty Hunters, ale pierwszy człon odpadł. I słusznie, cuz Sterling & Blair are anything but slutty.

Trailerem się nie przejmujcie, ze względu na obecne zjebanie widzów, jest mocno zwodniczy. To nie jest „serial akcji”. Tzw. bounty hunting to w sumie tło / plot device żeby zakręcać życiem bohaterek. A tak naprawdę serial jest o seksie, dojrzewaniu i religii jako formie życia w kłamstwie (niekoniecznie w tej kolejności). Recenzenci (nieprofesjonalni) od razu zwrócili uwagę na fakt, że trailer zupełnie pomija to, iż bohaterki żyją w świętojebliwym community oraz chodzą do jednej z tych ultrachrześcijańskich amerykańskich szkół, gdzie wszyscy w kółko pierdolą o Biblii i życiu w czystości. A to jest kluczowy temat serialu.

Podobnie było w przypadku nieodżałowanego Impulse, który był nie tyle o teleportującej się lasce, ile o rodzinie i braku samokontroli, niszczącym życie bliźnich. A targetowane to było jako „action series”. Co i tak chuja twórcom dało…

Za:

  • Bardzo dobre najważniejsze elementy każdego serialu, czyli writing i acting. Żadnej aktorki / aktora nie kojarzyłem z niczego wcześniejszego, a deliverują fantastycznie. Jeśli chodzi o writing / producing, to dominują laski związane wcześniej z Orange Is The New Black & GLOW. I zarówno dialogi jak i postaci wychodzą im super.
  • No właśnie. Najlepsze postaci od dawna. A serial ma dwie trzy „główne” bohaterki.

a) Blair czyli „niegrzeczna” siostra. Ta postać mnie zachwyciła od pierwszego ujrzenia. I mean: seksowna, inteligentna, „zbuntowana” laska, która w swojej konserwatywnej rodzinie znalazła się chyba przez przypadek. Świetny cyc, lewicowe poglądy, słuchanie math rocka. Czego chcieć więcej? 😀

Wprawdzie jej ultra-metodyczne podejście do seksu jest od początku nieco przerażające, ale to przecież tylko drobny detal jej osobowości, right? 😦

2) Sterling, czyli „grzeczna” siostra. Ta postać wydawała mi się początkowo mniej ciekawa. Bo trochę mdła i „nudna”. I mean: prymuska, córeczka mamusi, idealne oceny, idealny chłopak, z którym chodzi od przedszkola, itd.

Wprawdzie poznajemy ją w momencie gdy namawia tegoż niewinnego chłopca do przedmałżeńskiego seksu, używając cytatów z Biblii, ale zakładałem, że to był wypadek przy pracy.

Boy, was I wrong. 😦

3) April, czyli The Villain ™. Ta postać jest wprowadzana jako „typowa topowa psychopatyczna prymuska z amerykańskiego high school”. I mean, all the tropes are there:

Ale tak już od drugiego odcinka pojawiają się tzw. hinty, że pod skorupą „niskiej, wiecznie wkurwionej laski” jest jakiś wprawdzie mega zakręcony, ale jednak człowiek.

  • Postaci świetnie ewoluują. To jest naprawdę serial o dojrzewaniu a nie o łapaniu przestępców. A obie główne bohaterki są początkowo totalnymi gówniarami. Np. ich próby „naprawienia” Bowsera (szef) nie biorą zupełnie pod uwagę faktu, że dorosłość polega często właśnie na byciu takim „przegrywem” jak on.

A indywidualnie u lasek nie jest lepiej…

1) Moja „pierwsza” ulubienica, czyli Blair, którą jej facet chwali za „totalną pewność siebie”, jest tak naprawdę (?) nakręcającą się autystycznie na swoje własne koncepcje permanentną kłamczuchą, przekonaną że jest w stanie skutecznie zmanipulować każdego. Oceniającą facetów po wyglądzie i własnych, tak naprawdę średnio liberalnych poglądach.

O prawdziwym guście muzycznym nie wspomnę:

🙄

Jednym słowem, „zbuntowana” Blair jest tak naprawdę jeszcze w dużej mierze totalnym fejkiem dzieckiem. Ale każdy fan Bad Brains jakoś zaczynał. And so does Blair

2) Sterling od połowy serialu staje się (chyba) jego główną bohaterką. After all, jak śpiewał klasyk, love will tear us apart

Sterl jest najbardziej uczciwą postacią w serialu. Co wcale jej w życiu nie pomaga. Bo „dziecinnie” chciałaby móc przestać kłamać i po prostu być sobą. A nie o to przecież w dorosłym życiu chodzi. Niemożność dopasowania się do nierealistycznych czy po prostu nieludzkich wymogów religii / otoczenia jest jednym z najlepszych wątków serialu.

3) April jest jedyną „dorosłą” osobą z trójki głównych bohaterek. Czyli młodym człowiekiem (już) złamanym przez życie i żyjącym w ciągłym strachu przed swym bliźnim. Ale jednocześnie czekającym na kogoś, kto zmieni jej życie. Dialog z jej udziałem w e08, dotyczący kwestii „konformizm vs. bycie sobą” jest prosty, ale totalnie prawdziwy.

  • Elementy komediowe na ogół pierwszej klasy (np. okoliczności porzucenia poprzedniej pracy przez Bowsera, praktycznie każdy „dialog telepatyczny” sióstr, Blair wymyślająca na poczekaniu jakieś totalne piętrowe pierdoły). Good job.
  • Jak laski zaczynają napierdalać swoje nastoletnie zjebane opowieści, to człowiek naprawdę chce się pociąć. Aktorki mają 20+, ale są totalnie przekonujące jako nastoletnie pipy.

  • XXI wiek, a młodzi ludzie uprawiają seks głównie w samochodach. Bo gdzie indziej nie mogą. Blair tracąca dziewictwo we własnym łóżku (spoiler!) to wyjątek, wymagający dobrej woli scenarzystów.
  • Wiara jako żałosna proteza służąca do organizowania społeczeństwa według zasad spisanych przez jakichś bezzębnych pastuchów 2000 lat temu. Oraz gorset, który wszystkich uciska, ale większość „wierzących” nie jest w stanie się z niego uwolnić. Wszystko to w teen action comedy od Netflixa, przypominam. Nawet Krzychu Varga by tu moim zdaniem znalazł coś dla siebie…
  • Niektóre sceny są niby lekkie, ale tak naprawdę bardzo mądre i mocne. Np. Sterl casualowo zagadująca ledwo poznaną white trashkę w kwestii porady seksualnej. Bo własnej matki przecież nie może o „te rzeczy” zapytać. I niby scena jest śmieszna, ale jednocześnie totalnie „ludzka”, bo pani chavka w pewnym momencie odkłada smartfona i daje szczerą radę drugiemu człowiekowi. Która żeby było śmieszniej nie pomaga. Ale old sensei nie zawsze ma rację. Aczkolwiek na ogół oczywiście ma…

  • Od razu wykombinowałem, że jedyną rzeczą, która może zachwiać opartą na totalnej szczerości i dzieleniu się wszystkim relacją obu sióstr będzie miłość. Ale taka prawdziwa, a nie petting z jakim przypadkowym kolesiem na parkingu przed szkołą…
  • Reżysersko / technicznie jest bardzo dobrze. Np. prawie każdy odcinek kończy się jakąś mocną sceną… A taki e06 to nawet dwiema:

  • Z rzeczy, za które w (pseudo)liberalnym środowisku by mnie zcancelowano, to bardzo mi się podobało to, że aktorki są „realistyczne”. Czyli są cholernie seksowne, ale nie „idealne” w rozumieniu topmodelkowym. Mają „normalną” skórę, „normalne” zęby i nie są „24/7 zrobione” nawet do spania. Niby nic, ale jak sobie człowiek przypomni najtisowe hity w stylu Beverly Hills, Friends, czy (forgive me, Lord) even Buffy, to jednak widać postęp.
    Taka Maddie Phillips z tego co widzę na IMDB grała od 10 lat jakichś halabardników#4 (z Legiona ani iZombie jej totalnie nie pamiętam), a tutaj jest „odlaszczona” i fantastyczna. Może jednak większe „ukobiecenie” zawodu producenta, scenarzysty i reżysera ma sens?

Przeciw:

  • Elementy bounty huntingu są tak naprawdę dodatkiem do głównego tematu serialu (chujowość religii). No i uzasadnieniem dla głównego twista, czyli największego kłamstwa, jakie się w serialu pojawia. A kłamią wszyscy.
  • Postaci męskie takie sobie. Poza Bowserem, Milesem i tatą dziewczyn, faceci to totalne pipy.
  • Każdy odcinek „pisze” inna scenarzystka. Więc niektóre odcinki / momenty są słabsze. Np. „memorial” w e05.
  • Część osób ubogaconych darem wiary może się poczuć nieco urażona. Bo miejscami to jest prosta lewacka satyra na chrześcijaństwo. A może jednak nie?

Werdykt:

Seks, kłamstwa i media społecznościowe. Czyli totalnie warto.

Mam nadzieję, że ich nie skanselują, jak Impulse czy I Am Not Okay With This ostatnio. A jednocześnie gówna w stylu Killing Eve czy Westworld mają po 20 sezonów…

Soundtrack: