2018 – bieżący dump

Obecny rok jak dotąd taki sobie zarówno serialowo, jak i filmowo. Ale parę rzeczy „się zapowiada”…


^ Dwa odcinki już zostały wyemitowane. Jeśli komuś się podobał s01 True Detective, to polecam. Jak to a wise IMDB user wrote:

If you want to see Adams look at a mirror, mold on a toilet, masturbate, drink, put on crap music and masturbate some more, then this is the dream show for you.

Well, it looks like it is indeed… 😉

 

Reklamy

2018 do połowy – filmy

A. Warto


Gemini (2017)

Obiektywnie być może nie jest to najlepszy film półrocza, ale subiektywnie zdecydowanie najbardziej mi się podobał.

Jill (Kirke) jest tzw. private assistant gwiazdy szołbizu Heather (Kravitz), której życie prywatne i zawodowe jest na tzw. zakręcie. A dalej jest spluwa, trup i próba ustalenia przez Jill, WTF is going on.

Oniryczny, bardzo dobrze technicznie zrobiony, niby-thriller.
Świetne zdjęcia, zwłaszcza nocne, muzyka, aktorstwo i tzw. writing (dialogi). Gorzej z tzw. scriptem (scenariuszem), bo wydarzenia są dziwaczne / nierealistyczne. Tyle, że w filmie jest sporo scen sugerujących tzw. drugie dno (4th wall?), które się ostatecznie nie pojawia (?).
Całość pokazywanych wydarzeń wygląda w sumie jak opowieść Jill o tym, co się wydarzyło. Bo czy związek Jill-Heather był czysto zawodowy? Czy główna tzw. zamyła filmu była wyłącznie pomysłem Heather? Prawie do końca filmu byłem przekonany, że tytułowe gemini w filmie jednak wystąpią. A chyba (?) nie wystąpiły.

Na IMDB dominują reviewsy w przedziale od 1/10 do 6/10, także może się nie znam / za krótko byłem w wojsku…


Thoroughbreds (2017)

Ostatni film Antka Jelcyna. May he R.I.P.

Historia nietypowej przyjaźni (?) bogatej i indecisive Lily (świetna Taylor-Joy) oraz nie bogatej i decisive Amandy (świetna jak zwykle Cooke – ostatnio kilka bardzo dobrych, zupełnie odmiennych ról: Me and Earl and the Dying Girl, The Limehouse Golem, Ready Player One).
Film niby jest o tym, co jest w trailerze: zły ojczym Lily chce się jej pozbyć z chaty, więc ta z pomocą psychopatycznej (?) Amandy postanawia się pozbyć jego. Permanently.
Tyle, że ostatecznie film się przekształca z thrillera z elementami komedii w… horror psychologiczny czy coś.

Strona techniczna (zdjęcia, muzyka) deliveruje, scenariusz bardzo dobry aczkolwiek nietypowy. Świetne kilka scen, których na szczęście nie ma w mylącym trailerze. Bo jeśli ktoś w tym filmie jest truly EVIL, to nie ta osoba, której mamy nie lubić od początku…


Disobedience (2017)

Jewish lesbian drama? Na pewno tak. Ale też dużo więcej, niż bezwstydnie spojleruje trailer…

Film nie tyle o seksualności i krępującej ją konserwatywnej religii, co o wolności i jej konsekwencjach. Tym razem tempo dużo wolniejsze niż dwóch poprzednich filmów, eleganckie statyczne kadry (minus niestety okazjonalny shaky-cam, kupcie sobie statyw, jebusy) oraz nieco irytująca, nie milknąca muzyka w tle.
Weisz i Nivola fantastyczni, McAdams nieco mniej fantastyczna, ale może się czepiam, bo Esti ma być najbardziej lifeless ze wszystkich, i jest.
Na duży plus znowuż kilka scen: początkowa i jedyna z udziałem Rebe Krushki, „łóżkowa” (jak już się panie biorą do roboty, to widać, że są na siebie napalone bardziej, niż nominaci PiSu na etaty w spółkach skarbu państwa), finałowe „kazanie” Dovida w synagodze. Porządna robota scenopisarska.
Końcówka mogłaby być IMO lepsza, ale mogłaby też być dużo gorsza (klasyczny good ending).

No i słowa Staszka Tyma o leczeniu z homoseksualizmu jako „leczeniu żółwia ze skorupy” niestety wiecznie aktualne… 😦

B. Można


Borg McEnroe (2017)

Sensownie zrobiony film z cyklu „sportowa rywalizacja dwóch giagantów”. Polecałbym zwłaszcza rodzicom, którym się marzy kariera sportowa swoich pociech.
Obraz Borga, który dla sukcesu jest w stanie poświęcić wszystko, w tym własne emocje i de facto człowieczeństwo, jest po prostu przerażający. Sport to zdrowie. A zawodowy to już w ogóle.


Isle of Dogs (2018)

Zdaniem wielu recenzentów, brutalny akt kolonizacji kulturowej, czyli wstrętny białas Wes Anderson ośmiela się kalać kulturę japońską, do czego mają prawo tylko 100% czyści rasowo japończycy. Nie chce mi się szukać linków do recek na IMDB, ale niektóre naprawdę powodowały chęć pocięcia się. Że najgorzy insult to fakt, iż rewoulcję musi kitajcom robić biała (moar like afroamerykanoidalna) amerykanka, co jest policzkiem dla dumnych samurajów, itp. Jak potem oglądałem film, to czekałem na te wszystkie akty gwałtu kulturowego… i nie bardzo mogłem się ich doszukać. Naprawdę nie sposób jest obecnie czytać sporej części „lewicowo-liberalnej” krytyki, bo sytuacja jest jak w tym dowicipie o szeregowym Kowalskim, co to mu się wszystko kojarzyło z dupą…

A sprawa jest prosta: kolejny filma Wesa Andersona, czyli można obejrzeć. Na ogół jest „śmiesznie”, ale co chwila śmiesznie być przestaje.

Na szczęście w wymiarze polskim stary weeaboos Wiśniewski zmasakrował lewaków kulturowych sugestią, żeby przed wypowiadaniem się na dany temat, najpierw osiągnąć w nim jakąś minimalną biegłość. Pobożne życzenia…

Dostało się m. in. Żurawieckiemu z Dwutygodnika, który się wynarzekał, że „sztuka dla sztuki” i „czy Anderson musi tyle gadać, by nie powiedzieć niczego?” a jednocześnie nie wyłapał 90% nawiązań. To może jednak pozwólmy Andersonowi robić filmy nawiązujące do kultury japońskiej (bo się na tym zna), a to Żurawiecki niechaj stworzy dzieło, które ruszy z posad bryłę świata? 🙄


Mobile Homes (2017)

Sceny z życia amerykańskich White Trashów. Para „nastolatków” „opiekuje się” swoim synem (?). A tak naprawdę tworzą oni coś w rodzaju stada zdziczałych humanoidów, żyjącego z dnia na dzień. W pewnym momencie ona (grana przez jak zawsze zajebistą Imogen Poots) postanawia „wyjść na prostą”. Co okazuje się niełatwe…

Film polecam zwłaszcza kryty(cz)kom zachwyconym zeszłorocznym The Florida Project. Mnie się Mobilne Domy podobały znacznie bardziej niż Projekt Florydowy. O ile w tym drugim była jednak estetyzacja biedy i pobożne życzenia odnośnie samonaprawy społeczeństwa, to w tym pierwszym jest tylko konkret, czyli ubóstwo finansowe, kulturalne i emocjonalne. I ewentualnie minimalny indywidualny redemption.

Scenariuszowo jest miejscami tak sobie (realizm), ale aktorsko jest fantastycznie (Poots, Turner, debiutujący Oulton).


Molly’s Game (2017)

Reżyserski debiut Aarona Sorkina, doświadczonego scenarzysty. Czyli film na wejściu jest za długi i kosmicznie przegadany. Ale nic to.
Jessica Chastain gra młodą kobietę, która od dzieciństwa była nakręcana przez ojca na sukces sportowy, który jednak uniemożliwiła poważna kontuzja. Molly traci pierwotny cel w życiu, ale przypadkowo odnajduje nowy: organizację prywatnych rozgrywek pokerowych dla wielkich tego świata. Wiadomo, co będzie dalej: tzw. downwards spiral.

Aktorsko i operatorsko fajne, scenariuszowo może być (wątek ojca trochę przegięty). Okazuje się, że tzw. The 1% jednak ma swoje problemy…
Trochę dziwi, że film jest praktycznie pozbawiony jakichkolwiek odwołań do seksu. Ani klienci na poważnie nie startują do Molly, ani ona sama nie ma żadnego życia seksualnego. Śmiesznie to wygląda w sytuacji, gdy widz przez 2h się zastanawia, w jaki to magiczny sposób Chastain utrzymuje swój niesforny biust w ryzach i czy w napisach końcowych nie pojawi się pozycja „cleavage assistant„.


Novitiate (2017)

Kolejny brutalny ateistyczny atak na matulę naszą ukochaną, a mianowicie Kościółek (podobno) Katolicki. Młoda i skonfliktowana ze swoja wyzwoloną matką (świetna Julianne Nicholson) dziewczyna (ciut drewniana jeszcze Margaret Qualley) postanawia wstąpić do klasztoru, bo spotkała na swojej drodze jedną fajną siostrę, no i w sumie to chyba kocha Jezusa. Problems ensue.

Ciekawy film, bo jest mniej o „sadyźmie i wstecznictwie Kościoła” (choć dehumanizacyjna tresura nowicjuszek ofc występuje), a bardziej o miłości i wolności.
Cathleen żarliwie modli się o miłość (Boga), no i jej modły w sumie zostają wysłuchane. Tylko, jak to Bapsi śpiewała:

Maybe not from the sources
You have poured yours
Maybe not from the directions
You are staring at

Pięknie pokazano w filmie siłę popędów i to, że są niezbędnym składnikiem człowieczeństwa. Cath nie tyle „zmaga się ze swoją seksualnością”, co po prostu nie daje w sobie zabić człowieka.

Druga kluczowa postać to Matka Przełożona, grana świetnie (mimo pewnych problemów scenariuszowych) przez jak zwykle boską Melissę Leo. Reverend Mother jest z jednej strony sadystyczną kapo dla nowicjuszek, z drugiej nieszczęśliwą kobietą, zakochaną nie tyle w Jezusie, co w Kościele, który nagle ją zdradza, wprowadzając zasady Vaticanum II. A z trzeciej kobietą w Kościele, czyli nikim, co jednoznacznie uświadamia jej zwierzchni biskup, stawiający ją (wszechwładną na lokalnym terenie) bez problemu do pionu w trakcie wizytacji.

Film ma kilka słabszych momentów (napady sadystycznego szału Siostry Przełożonej), ale jako całość jest na plus. Świetne zwłaszcza powody, dla których młode laski wstępują do klasztoru – kłania się pytanie Polaków „skąd się biorą tacy słabi księża”? No, „z ludu”, drogi ludu…


Ready Player One (2018)

Przybyłem by szydzić, a w sumie byłem mocno pozytywnie zaskoczony. Spielberg niby robi swoje typowe Kino Nowej Przygody, a tak naprawdę wychodzi mu ostra krytyka współczesnego zdebilniałego smartfonowego społeczeństwa. Którego Spielberg jest częścią i współtwórcą. Imagine Jarosława Marka Rymkiewicza, nagle ogłaszającego, że patriotyzm polegający głównie na gadaniu, jakim to się jest wielkim patriotą oraz że ofiara krwi (czyjejś) jest niezbędna dla przeżycia Narodu, to jednak głupie pierdolenie starych dziadów, na których młode dziewczyny to spoglądają wyłącznie w trakcie ustępowania im miejsca w tramwaju…

Anyway… Film składa się w 95% z CGI, co… raziło mnie mniej, niż początkowo się obawiałem. A o co chodzi? O pieniądze…

Wade jest wprawdzie w realu zwykłym dresem, ale na przysłowiowym necie jest pszekozakiem, w pierwszej piątce drabinki CSa na serwerze. Wtem! na swojej drodze spotyka zbuntowaną Samanthę, w realu gotową na wszystko ™ bojowniczkę Resistance. I razem wyruszają najebać komu trzeba. Taa… Oryginalność nie jest mocną stroną filmu.

Cały film to jeden wielki homage dla kultury popularnej lat 80-tych i wcześniejszych (zwłaszcza kino i gry), nabudowany na prostej konstrukcji „on spotyka oną i razem walczą ze złą korporacją”.
Minusy to dla mnie nie tyle przeładowanie efektami specjalnymi czy ubóstwo scenariusza (toż to blockbuster), co marnotrawstwo świetnych aktorów (Ben Mendelsohn, ciągle w trybie give me all your money! i Olivia Cooke, 25-letnia fantastyczna brytyjska aktorka, specjalizująca się niestety głównie w rolach amerykańskich nastolatek). Feminizm również nie jest mocną stroną filmu. Art3mis jest ostrą pyskatą laską w virtualu, natomiast w realu jest już raczej insecure, gdyż ma szpecące znamię na twarzy i tym samym obawia się, że nie spotka w życiu chłopca, który by ją pokochał. #cokurwa?


Red Sparrow (2018)

Przybyłem dla cycków JLaw by szydzić, a w sumie mi się podobało. Thriller szpiegowski, czyli źli Rosjanie kontra niewiele lepsi Amerykanie.
Balerina Dominika pada ofiarą ustawki FSB, a konkretnie swojego demonicznego wuja (Matthias Schoenaerts jako Władimir Putin lepszy od prawdziwego), który chce ją wykorzystać dla dobra Rosji oraz własnych kazirodczych chuci. Dominika rozpoczyna dramatyczną grę o życie ™.

Krytycy kręcili nosami na demonizowanie Rosjan (a Ruskich trzeba demonizować?), braki aktorskie Lawrence (bez przesady, nie przepadam za nią, a tutaj jest oka) i problemy z realizmem. Sorry boys, ale od czasów Bonda problem realizmu w filmach szpiegowskich traktuję z przymrużeniem oka. W realistycznym filmie szpiegowskim przez 95% czasu powinniśmy oglądać grubych kolesi ze słuchawkami na uszach / przed kompem oraz średnio atrakcyjne laski oglądające w pracy głównie sufit. Ja dziękuję.

Plus za próbę pokazania jak może wyglądać program szkoleniowy rosyjskich szpiegów. OFC w reaIu to jest pewnie jeszcze 100 razy bardziej przejebane…


Unsane (2018)

Nowy film Stevena Soderbergha a jednocześnie pierwszy film, nakręcony w całości ajfonem!!!

No whatever. Sawyer (świetna Claire Foy, tym razem 100% paranoi i 0% królewskiej delikatności) jest wzorcową „dupą w żakiecie”: sfrustrowaną i nieszczęśliwą pracownicą banku. Niestety, zaczyna jej chyba zdrowo odpierdalać, gdyż wszędzie widzi swojego stalkera, przed którym uciekła z przysłowiowego Białegostoku do równie przysłowiowej Warszawy. A przecież to niemożliwe, żeby tenże prześladowca podążył za swoją ofiarą, bo przecież z Białegostoku nie tak łatwo się wydostać…
Sawyer postanawia więc wejść w kontakt z amerykańskim systemem leczenia głowy za pomocą szprycowania tejże dragami, z przewidywalnie tragicznym skutkiem…

Film jest generalnie ciekawym, celowym bezgatunkowcem. Elementy dramatu psychologicznego, hororru, komedii – wszystko w celu zmylenia przeciwnika. A potem film się kończy, i widz ma odczucia jak uczestniczka dyskoteki w Skawinie w niedzielny poranek: nie bardzo wie, co się działo, ale w sumie chyba było fajnie…

Świetne aktorstwo, ciekawe zdjęcia (ciągłe zbliżenia mogą irytować, za to nie ma shaky camu), scenariusz mocno nietypowy, co nie znaczy że bardzo dobry.
Polecam zwłaszcza młodym japiszonom (czy jak to się teraz nazywa), bo to film o nich (nas?). Założenie „no przecież mnie nie popierdoliło?!” może się jednak w długim okresie okazać zbyt optymistyczne…