King! Autobiografia (warto)

Szósta rozmowa-rzeka Księżyka. Po Stańce, Brylewskim, Tymańskim, Staszewskim i Świetlickim. No i problem sequelstwa się tu trochę zakradł…

Mianowicie czuć pewną obustronną wymuszoność, na zasadzie „dobra, to róbmy”. Od strony Rafała jest chyba problem: Janerka ma (jak wszystko) w dupie, Nosowska nie chce, na Korę za późno, na Macia Morettiego za wcześnie… No to niech będzie Muniek.
No a od strony Muńka to też nie jest pierwsza biografia / książka o Tilawie, więc pojawia się kwestia „co nowego / inaczej powiedzieć”.

Ale efekt jest bardzo dobry, znaczy na dwa razy zrobiłem, bez przepitki.

Za:

  • Chyba najbardziej (obok Bryla) „załogancko-socjologiczna” z rozmów Rafała. Jak na wstrętnego egoistę, to Muniek mówi bardzo dużo o innych: częstochowskich kumplach ze szkoły i panczurstwa, kolegach z zespołu, sławnych i mniej sławnych przyjaciołach oraz znajomych, no i rodzinie.

Pierwszy raz zamieszkałem na Żoliborzu jesienią 1984 i spędziłem tam dobre pół roku. Miałem problem z akademikiem i przygarnęła mnie koleżanka z „remontowego” komba, nieżyjąca już Anka Rastamanka, która była dziewczyną perkusisty Śmierci Klinicznej, Marka Czapelskiego. Anka miała część wolnostojącego bliźniaka na Sadach Żoliborskich. Jej starzy byli chyba na placówkach dyplomatycznych, a ona była kompletną frikówą i prowadziła dom otwarty. Sporo osób tam pomieszkiwało, spotkałem się wtedy z żoliborskimi frikami i ćpunami. Rafała Kwaśniewskiego poznałem, który był wtedy grzecznym chłopcem, chodził do liceum, pod krawatem, zasłuchany w Joy Division. […] O Kubie Sienkiewiczu pierwszy opowiedział mi Andrzej Zeńczewski, który miał też wtedy swój band Niepodległość Trójkątów. „Stary, jakiego świra mam na gitarze. Lekarz. Jebnięty gość. W ogóle nie pasuje do reggae”. Przez Andrzeja trafiłem raz do Kuby na ulicę Gąbińską. Zdziwiłem się, bo tam żona, trójka dzieci. Dziwny mi się wydał, spięty. Chudy, kudłaty, kojarzył mi się z francuskim komikiem Pierre’em Richardem. Zachowywał się oficjalnie i nie było wiadomo, czy taki jest, czy jaja sobie robi. Miał w sobie jakiś surrealizm. I zostało mu to na lata. Kumplował się wtedy z Rafałem Kwaśniewskim, który nie miał jeszcze ksywki Kwasek, tylko mówili na niego Rafaś. Rafał miał nowofalową kapelę Sstil z Tadkiem Kaczorowskim i Piotrem „Falą” Falkowskim, którzy potem grali w Houku. A razem z Kubą założył Elektryczne Gitary. Jak Elektryczne Gitary wydały pierwszą płytę Wielka radość, uważałem, że jest świetna, kupiłem ją sobie i kiedy słuchałem w domu, Marta powiedziała mi, że więcej niż połowę tych piosenek zna z Dębek, krążyły od dawna. Ekipa z Żoliborza w wakacje jeździła wtedy nad morze do Dębek, głównie to elitarne towarzycho, i Kuba śpiewał tam swoje piosenki. Ale to nie koniec muzyków. Pamiętam jeszcze Daniela Rojka, który mieszkał przy samym placu Wilsona i miał reggaeowy zespół Czarna Róża, z którym grał na Róbrege. Był zespół Dziady Żoliborskie z legendarnym Konopem, Tomaszem Konopińskim. A potem przyszła kolejna generacja żoliborskiego rocka: Partia, Komety. Pierwsze demo Partii dał mi Lesław na placu Wilsona w 1995 roku. […] Ciekawe, bo nic nie wiem, żeby z tej dzielni wyszedł jakiś hiphopowy skład.

  • Świetny opis zarządzania zespołem-przedsiębiorstwem. Bardziej niezalowi koledzy (Brylu, Tymon) zazdrościli Muńkowi sukcesu komercyjnego, a w tej książce można sobie poczytać o kosztach takiego „polskiego oszałamiającego sukcesu”. Czyli zmęczeniu materiału i ewolucji od kumplostwa do totalnego przesytu kontaktami z tymi samymi ludźmi w ramach „mojego zespołu”.

R. K.: To nauka [ciężko pracującej] mamy poskutkowała później epitetem, który w branży przylgnął do T.Love’u i do Kultu: „zespół jako przedsiębiorstwo”? Robert Brylewski opowiadał w Kryzysie w Babilonie, że z zespołów undergroundowych lat osiemdziesiątych przetrwać mogły tylko te, które potrafiły w ten sposób funkcjonować.

Z. S.: Ja tak powiedziałem i zostało to podchwycone. Dlatego zawiesiłem zespół, bo byłem zmęczony tą przedsiębiorczością. Ale trzeba stwierdzić, że to przedsiębiorstwo funkcjonowało całkiem dobrze. Zatrudniało piętnaście osób, siedmiu muzyków na scenie, dwójka menadżerów, dwóch technicznych, odsłuchowiec, facet od frontu, facet od świateł. Jeździliśmy dwoma busami w trasę. W latach dziewięćdziesiątych zawsze miałem plan na kolejny album, wiedziałem, jak chcę zespół pokazać, kiedy wyjdzie pierwszy singiel, kiedy teledyski, płyta, trasa. Zawsze miałem inteligentnych kumpli – partnerów, bo sam muzyki nie pisałem, robiliśmy to razem, ale dbałem o całokształt, o ciągłość.
To, co mówił Brylu, to też jest prawda, wielu alternatywnych muzyków przepadło. Pamiętam sytuację z bezradnym Maćkiem Maleńczukiem, jeszcze z czasów Homo Twist, aż śmiać mi się chciało, kiedy zapytał: „Muniek, a co trzeba zrobić, żeby płyty sprzedać?”. „Jak to co? Singla musisz mieć w radiu, jednego, drugiego. Masz taki utwór Populares über alles. To jest świetny slogan”. Zdziwił się. Dla mnie to oczywistości były. Może po matce ten konkret miałem, może Londyn w takim myśleniu mi pomógł. Musisz mieć singla w radiu, wtedy grasz więcej koncertów. Utkwił mi w głowie wywiad z Davidem Bowie z czasów, gdy był już megagwiazdą. Mówił, że to nieważne, co zrobiłeś do tej pory. Ważna jest twoja następna płyta, to, co teraz zrobisz. Ludzie szybko zapominają, musisz cały czas pracować.

[…]

W nowym wieku band funkcjonował już jak dobrze rozkręcone przedsiębiorstwo. Kłótnie się zaczęły, gdy chciałem w zimie na narty pojechać, a tu są eventy do zagrania. Hajs chłopaki chcą zarabiać, a ja na narty. No to jestem egoista. „Ni chuja, nie wyrabiam, panowie”, powiedziałem w końcu. Zaorany byłem fizycznie. Bo tych koncertów z roku na rok było coraz więcej. Pamiętam, jak Grabaż zobaczył naszą listę, lato 2006 czy 2007: „Staszczyk, co ty odpierdalasz? Jak ty wyrabiasz?”. Ustaliliśmy, że od stycznia do kwietnia nic nie gramy. I ta umowa nigdy nie była dotrzymywana. Co roku było nadgryzanie. Przychodził menadżer: „Wiesz, Muniek, nasi techniczni płaczą, że w te zimowe miesiące nie ma grań. Weźmy ze dwa, trzy eventy, są fajne propozycje w Warszawie. Co to dla ciebie”. Ja trochę jak król: „Dobrze, Warszawę zagrajmy”. A jak Warszawa zagrana, to może do Łodzi pojedziemy, bo to przecież blisko. A może Poznań. No i zacząłem się czuć jak dojna krowa z cycami, pokrzywdzony i wykorzystywany. W ogóle mnie nie respektują, ruchają mnie, jak chcą. Co roku to samo, przy winku, menadżerowie zagajają: „Munio, wiemy, że nie gramy, ale co tam cztery eventy”. Co tam. A potem wkurwiony jestem, nie chce mi się z chaty wyjść. Cały czas miałem jakieś pretensje, byłem sfochowany przed tymi eventami albo podpity, żeby pokazać wszystkim, że to olewam, co nie było fajne. Publiczność nie była niczemu winna. „Panie Muńku, może pan podpisze?” „Nie”, warczę na ludzi. A potem myślę: „Co ja robię? Jak już zdecydowałem się grać, to powinienem być miły”.

  • Bardzo ciekawe opisy socjologiczne zjawisk, o których we wcześniejszych książkach Rafała nie miał kto mówić. Współpraca z mejdżorsami, eventy korporacyjne, integracja na bekstejdżu z Janem Bo czy Krissem Kravczykiem oraz ryzyko picia łyskacza z członkami Kombi.
  • Mungo tu bardzo pozytywnie wychodzi jako dorosły, ale nie zgrzybiały facet. Który nie obraża się, że the times they are a changin’, tylko stara się zrozumieć i ewentualnie dostosować (współpraca z młodymi, media społecznościowe). Spora odmiana od poprzednich rozmówców Księżyka, którzy generalnie narzekali, że świat schodzi na psy. Muniek też narzeka, ale bez skwaszenia i pretensji do wszystkich, poza sobą. Nie wiem, czy to kwestia (ciężko przecież zarobionej) kasy, czy odnalezionej wiary, ale źółć go nie zalewa.
  • Część sytuacji to materiał wprost na film / serial. Podboje erotyczne w IV LO (tudzież ich brak). Akces do pankostwa. Wybryki na scenie i poza. No i generalnie seks, dragz i rokendrol.
  • Dekonstrukcja wizerunku maczystowskiego chujka. Dużo o miłości, rodzinie, depresji, własnych słabościach, czyli generalnie o tym, że chłopaki jednak płaczą. No i bardzo dorosłe podejście do wiary, czyli osobiste świadectwo zamiast nawracania i pierwszego z grzechów głównych.
  • Czytelnik do końca nie wie, na ile to jest szczera spowiedź, a na ile genialna autopromocja. Mungo jest na tyle inteligentnym gościem, że jest w stanie każdemu powiedzieć to, czego rozmówca oczekuje. Zresztą sam o tym mówi w tej książce.

Przeciw:

  • Patrz poprzednia kropa. Cała książka to generalnie „przypadki nawróconego grzesznika / rockman odnajduje spokój na łonie rodziny / artysta wymyśla się na nowo” itp. itd. Wychodzi lekki banał, i czytelnik się zastanawia, czy to na pewno jest przypadek. Tyle, że Muniek to taki zwierz pijarowy, że nawet wylew zaliczył w idealnym momencie, żeby wywiadami przy jego okazji wypromować nową płytę oraz książkę. I co mu zrobisz… 😀
  • Księżyk coś sflaczały tym razem. O ile przy okazji poprzednich książek zdarzały mu się takie pytania, że I was like „Kurde, ja bym nie wpadł na to pytanie”, to tu jedzie generalnie po tzw. najmniejszej linii oporu, co najwyżej próbując nieco odbrązowić Muńka czy delikatnie złapać na ściemie / niekonsekwencji. Ale Mungo sobie z tym radzi z lekkością i wdziękiem piętnastoletniej cichodajki baletnicy teatru Bolszoj. I w sumie to Zygmunt wyraźnie ciągnie tę książkę do przodu.

Werdykt: warto, ale dajcie jakąś laskę wreszcie, Towarzyszu Redaktorze.

Prawie nic (warto)

Przełożył Marek Fedyszak

Non omnis moriar

Amerykański pisarz i malarz, pasjonat Prousta, dostaje od znajomego tom esejów polskiego emigracyjnego malarza i pisarza, Józefa Czapskiego. Esejów na temat Prousta, wygłaszanych przez Czapskiego w czasie pobytu w sowieckim obozie jenieckim (z którego Czapski ocalał cudem). Efekt: pierwsza „zachodnia” biografia Czapskiego („polską” napisał Wojciech Karpiński) i (podobno) renesans zainteresowania Czapskim w USA.

Piękny i rzadki przykład porozumienia między dwojgiem ludzi, oddzielonych czasem, przestrzenią, językiem… A jednak bliskich na poziomie sztuki czy schodząc wyżej – człowieczeństwa. No i (wreszcie!) docenienie Czapskiego jako malarza, a nie pisarza, świadka historii, „przyjaciela wielkich” (Giedroyć, Miłosz, Jeleński), itd.

Od strony faktograficznej dla mnie ta książka nie jest jakimś super odkryciem, bo że tak pojadę snobistycznie, w tzw. „kręgu Kultury paryskiej” to siedzę od lat. Ale dla laika to może być dobra forma zapoznania się z postaciami typu Stempowski czy Jeleński.

Literacko to też nie jest poziom najlepszej autorki, piszącej o tym temacie (a jednocześnie najlepszej polskiej „biografki” (biografistki?), czyli Magdaleny Grochowskiej. Ale to, co Grochowska pisze, to by trzeba było nazywać „biografią literacką” albo „literackim reportażem historycznym”. Or something. Więc Karpeles nie miał tu szans…

Za:

  • Piękny, wielowymiarowy, złożony portret Czapskiego jako człowieka i jako malarza. Fascynacja Karpelesa malarstwem Czapskiego, zbieżność zainteresowań plus oczywiście ogrom włożonej pracy, przełożyły się na świetną biografię.
  • Jak zawsze polewam z kwestii „ludzie, Polaka na Zachodzie docenili!”, to tutaj zgadzam się chociażby z Zagajewskim 😉 , że w przypadku tej książki polski czytelnik cieszy się z czegoś innego. A mianowicie nawiązania swego rodzaju pośmiertnego porozumienia między dwoma artystami / ludźmi, których bardzo wiele dzieli, ale to co najważniejsze, łączy.
  • Maniaków malarstwa rozbudowane opisy płócien Czapskiego powinny doprowadzić do orgazmu. Dla mnie to był bardzo ciekawy sposób na zrozumienie, że malarze jednak „widzą” rzeczywistość inaczej niż reszta śmiertelników.
  • Piękny portret trumienny polskiej arystokracji i inteligencji w jej najlepszym, ostatnim okresie. Postaci formatu Czapskiego, Giedroycia, Jeleńskiego, Stempowskiego, Gombrowicza, Miłosza, Bobkowskiego, Hertzów, a w kraju Słonimskiego, Konwickiego czy Różewicza, moim zdaniem już nigdy w naszej kulturze się nie pojawią. Korzenie wycięte, gleba wyjałowiona, procesy formacyjne nie do powtórzenia. Tych kilku zubożałych hrabiów odkupiło w drugiej połowie XX wieku winy swoich przodków, jako „klasa” odpowiedzialnych za upadek Pierwszej RP i sporą część gówna, w którym Polacy tkwią do dzisiaj…
  • Kolejny dowód na tezę, że jakby z polskiej kultury usunąć homoseksualistów i Żydów (plus osoby oskarżane przez „Prawdziwych Polaków” o bycie nimi), to zostałby chyba tylko Jan Pietrzak, Andrzej Rosiewicz i Zenek Martyniuk. A jakby jeszcze usunąć alkoholików i narkomanów, to chyba nikt…
  • Jak to poeta pisał: sztuka jako „wzwód wymierzony w ciemność”. Witalność i skupienie na sztuce Czapskiego to coś niesamowitego, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy (hajsu, gadżetów i posiadania opinii w każdej sprawie). No i wiara nie jako pała do walenia innych po głowie, tylko jako jeden ze składników osobowości, obok sztuki i tzw. wewnętrznego kompasu / duszy czy jak zwał.

Po śmierci Maryni Czapskiej pani Przewłocka pojechała na pewien czas do Francji, żeby przejąć opiekę nad starzejącym się wujem swego męża. Wprowadziła się do pokoju na poddaszu, który przedtem zajmowała siostra malarza. Którejś nocy zeszła przed snem piętro niżej, żeby zajrzeć do niego. Czapski leżał na podłodze pod stołem. Najwyraźniej leżał tam od dawna; nikt w domu nie słyszał, jak upadał, toteż nikt nie przyszedł mu z pomocą. Przestraszona i zatroskana, pomogła mu wstać. Widząc, że nie doznał poważnych obrażeń, uspokoiła się i zapytała, jak spędził długie godziny na podłodze. Uśmiechając się, Czapski objął ją: „Och, nie trzeba się o mnie martwić – odparł. – Po prostu leżałem tam i myślałem o Prouście”.

  • Jak to było u jednego starego Żyda?

Pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć

Przeciw:

  • Tak powiedzmy jedna trzecia książki dotyczy nie tyle Czapskiego, co wojennych losów polskich jeńców w ZSRR. Dla obcokrajowców napisanie  tego było konieczne, żeby minimalnie ogarnęli wojenne losy Czapskiego, ale dla w miarę oczytanych Polaków to nie będzie nic nowego.
  • Rozbudowane analizy obrazów Czapskiego mogą odstręczyć ludzi, którzy preferują „klasyczne” biografie, czyli plotki, anegdotki, oraz info kto z kim pił i kogo ruchał.
  • Postaci „wokół” Czapskiego (Giedroyć, Jeleński) wyszły mocno spłaszczone. Ale to chyba było nieuniknione.
  • Autor odwiedza potomków rodziny Czapskiego i stara się wykazać istnienie pewnej ciągłości kulturowej / intelektualnej, przekazywanej w genach / wychowaniu. I tego akurat nie kupuję, bo czasy inne, ludzie inni, a z polskiego „możnowładztwa” to zostało chyba tylko trochę starych mebli i obrazów na ścianach. No a wpływ tej grupy na całość „narodu” jest de facto żaden. Widoczny w mniej dzikich kulturach szacunek dla „starych rodów” w Polsce jakoś nie występuje. Minus oczywiście zazdrość o kasę i ewentualnie klasę. A pożal się boże „kulturę polską” ciągną do przodu raczej potomkowie chamów.

Werdykt: warto, ale osobiście pozostaję szalikowcem Grochowskiej