2018 – bieżący dump

Będę tu wrzucał rzeczy, które zapowiadają się ciekawie. Głownie trailery filmów, bo pojawiają się dużo wcześniej przed premierą, niż seriali.


It’s on!


Reklamy

2017 – filmy – warto

Kolejność istotna, czyli od rzeczy najbardziej najlepszych do nieco mniej najlepszych.


Thelma (2017)

Najlepszy film zeszłego roku. Oryginalny, ciekawy, dobrze zrobiony w każdym aspekcie (scenariusz, zdjęcia, reżyseria, aktorzy) gender-bender. Horror / coming-of-age lesbian drama / film religijny / X-women… Już po trailerze widać, że będzie ciekawie:

(Un)avoidable spoilers ahead.

  • Oryginalny, bo kto normalny by wymyślił film o tym, co zrobiłby Jezus, gdyby była młodą norweską lesbijką?
  • Ciekawy, bo oglądasz, i w sumie nie wiesz, co oglądasz. Przez większą część filmu denerwowały mnie odniesienia do opresyjnych religijnych rodziców (że niby znowu klasyczne „traumatyzujące konserwatywne wychowanie vs. liberalne poszukiwanie własnego ja”), a potem się okazuje, że chuja tam, bo „wiara” to oś filmu.
  • Dobrze zrobiony, bo Skandynawowie jak już coś robią, to porządnie. Vide Fucking Amal, 101 Reykjavik, fantastyczny Turn Me On, Goddammit! czy zakręcony Kraftidioten. Jak Polacy kiedykolwiek zrobią coś na zbliżonym poziomie, albo chociaż szczery film o sobie w stylu węgierskiego Kontroll… Let me know. Na razie jeśli reżyser się nie przewraca o kamerę, a poziom scenariusza i aktorstwa jest wyższy niż u Patryka Vegi, to Złote Lwy gwarantowane. 🙄
  • Genialna Eili Harboe. Od początku filmu czujemy, że Thelma nie jest dobrym człowiekiem. Jeszcze niczego nie zrobiła, jeszcze nie wiemy co robiła w przeszłości (ale powoli z tzw. flashbacków można się domyśleć), a już (dzięki aktorce) wiemy to, co sama Thelma wie – że to coś, co w niej siedzi, to nie jest Dobro… Niezła Kaya Wilkins (w sumie amatorka) jako naiwny (?) obiekt pożądania. Świetni rodzice Thelmy, przychodzi na myśl określenie „bogobojni chrześcijanie”. 🙂
  • Zwraca uwagę rzadkie niestety wykorzystanie seksu nie jako wabika na widownię i zabawnego / traumatycznego przerywnika w życiu postaci (jak na ogół), tylko jako potężnej siły, de facto sterującej ich życiem (zwłaszcza nastoletnim). Film świetnie pokazuje, że dekalogowe „nie pożądaj…” jest tak naprawdę nieludzkie.

Dodatkowa zabawna sprawa to recenzje tego filmu na IMDB. Ludzie „z kręgu kultury zachodniej” (USA, UK, Skandynawia) ewidentnie nie rozumieją w sumie prostych i oczywistych odniesień do chrześcijaństwa. Doprawdy rację miał JP2 z tą zlaicyzowaną Europą / cywilizacją śmierci.

Podsumowując: Came for the lesbians, stayed for the Last Temptation of Female Lesbian Christ. 😀

Bonusowa sekcja dla osób późno urodzonych:


20th Century Women (2016)

Chyba najbardziej „normalny” film na liście, czyli… „Dramat rodzinny”? Tyle, że tak naprawdę żadnego dramatu nie ma…
Baby-boomerka Dorothy (Bening) stara się „samotnie” wychować syna Jamiego (Zumann). A w sumie nie samotnie, bo przy pomocy ekipy sublokatorsko-friendsowskiej (hipisowskie pomysły wychowawczo-życiowe w ostatniej fazie).

Na ową ekipę składają się:

  • Abbie (Gerwig): poważnie chorująca, zagubiona młoda kobieta / artystka fotograf(ka). Najlepsza IMO rola w filmie, Gerwig jest genialna jako mocno „damaged” młody człowiek.
  • Will (Crudup): prosty facet spełniający się w pracy fizycznej, romansujący ze starszą od siebie Dorothy, która jest intelektualnie na o wiele wyższym poziomie niż on. Ciągle bardzo nietypowa w kinie postać faceta, będącego w porównaniu do partnerki… Prostakiem. Z czego Will zdaje sobie sprawę i stara się z tym żyć. Nawet w czysto blockbusterskim Passengers wprowadzenie patentu „on biedniejszy i mniej wyrobiony intelektualnie od niej” wyszło filmowi na dobre. Wszyscy i tak oglądali dla tyłka JLaw (lub Chrisa Pratta), but whatev.
  • Julie (Fanning): „przyjaciółka” Jamiego, znaczy w sumie klasyczna sytuacja pt. on chce „chodzenia” czyli przede wszystkim seksu, a ona sama nie wie, czego chce, ale chyba żeby on był „tylko przyjacielem” (welcome to friendzone!) a przynajmniej żeby był „inny niż reszta facetów”. Bardzo dobra rola Fanning, grającej modelowy okaz młodej dziewczyny, której się wydaje, że z racji rozpoczęcia życia seksualnego pozjadała już wszelkie rozumy odnośnie facetów, życia i świata.

O ile w przypadku „dorosłych” aktorów rozumiem, skąd się biorą ich dobre role (doświadczenie + ciężka praca), to w przypadku tzw. „teenage stars” kompletnie nie kumam. Elle Fanning grała fantastyczne, złożone role praktycznie od dziecka (Somewhere, Low Down), w realu pozostając, no… Totalną siksą:

Niektórzy chyba faktycznie mają talent od Boga… 🙄

Podsumowując: świetne aktorstwo, sporo sensownie podanego feminizmu (plusy ale i minusy tegoż zjawiska), dużo dobrych i nietypowych dialogów, technicznie jest dobrze, reżyser + scenarzysta stara się zrobić fajny film o kobietach (zwłaszcza z pokolenia swojej matki) a nie „dostać Oskara”… Tak zwana stara szkoła, bez niepotrzebnych udziwnień.

Dodatkowe punkty za sensowne odniesienia do muzyki, a konkretnie, powstającej sceny HC/Punk:

Trochę bolesna dla mnie jest sytuacja, gdzie HC/Punk to już element mody na „retro”. Choć np. w takim 10,000 Saints jest to sensownie zrobione. O ile można zrobić w Hollywood sensowny film pokazujący (m. in.) Straight Edge:

Dla samej genialnej roli Ethana Hawke’a warto powyższy film obejrzeć.


Good Time (2017)

Spodziewałem się paradokumentalnej kupy, a dostałem… Połączenie „dramatu na koksie” (coś jak „Biegnij Lola, biegnij”, czyli jedność czasu, miejsca i nieustannej akcji) z… No kurde, komedią. 🙂
Poniższy trailer mylący:

Connie (Pattison), nie chce się pogodzić z faktem, że jego niepełnosprawny intelektualnie brat Nick (Safdie) ma wylądować w tzw. „institutional care”. Wpada więc na genialny pomysł zrobienia skoku na bank i ewakuacji do… No właśnie. Nie bardzo wiadomo gdzie. Oczywiście wszystko idzie w chuj, a Connie pakuje się z jednych kłopotów w drugie, żeby „ocalić brata”.

Plusy:
– Tak naprawdę tragikomedia. Zdjęcia paradokumentalne (aczkolwiek bez syndromu tzw. „shaky cam”), wydarzenia niby bardzo poważne (napady, włamy, pobicia), a jednak co chwilę dzieją się rzeczy de facto slapstickowe (fakt, że większość bohaterów to totalne głąby doesn’t help). Strasznie dziwny, ale fajny film. Trochę klimaty greckiej tragedii, w której bogowie dymają bohaterów bez ustanku.
– Aktorstwo tzw. topowe. Chylę czoła zwłaszcza przed Bennym Safdie, bo byłem przekonany, że to jakiś naturszczyk faktycznie z niepełnosprawnością intelektualną. A to współreżyser i współscenarzysta. 😀 Najlepszy aktorsko portret niepełnosprawności intelektualnej od czasu Adele Haenel w masakrycznym Les diables (tylko dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, no i za full frontala dwunastoletniej aktorki to ktoś powinien reżysera skopać po jajach – „obrazoburczy Francuzi” my ass). Mało mimiczny Pattison o dziwo świetnie pasuje do filmu (bo jego bohater jest przekonany o własnej omnipotencji, a wychodzi mu to jak demokratom w Rosji). Koleś naprawdę wybiera ostatnio bardzo ciekawe projekty (Cosmopolis, Maps to the Stars, The Rover). Świetna też młoda Taliah Webster jako wzorcowa przedstawicielka tzw. ubogich milenialsów.
– Końcówka fantastyczna, tzw. message filmu okazuje się mocno nietypowy.

Minusy:
– Paradokumentalne tzw. cinematography i ciężki klimat filmu („dark underbelly of society”) mogą część widzów odrzucić. Że o elementach komediowych nie wspomnę…


Paint It Black (2016)

Chyba największy zeszłoroczny sarprajs, czyli film, którego nikt nie widział.
Postanowiłem obejrzeć, bo trailer był fajny, no i zarówno Alia Shawkat (Whip It, Green Room) jak i Janet McTeer (fantastyczny Tideland, Albert Nobbs) to ostre zawodniczki. Warto było.

Chłopak Josie popełnia samobója (spoilers!), a w jej życiu nagle pojawia się jego zdrowo popierdolona matka.

Film jest połączeniem „art cinema” (różne sceny oniryczno-malarskie), klimatów Lynczoidalnych (dzieją się dziwne rzeczy) oraz… komedii. Bo praktycznie co chwilę poważna scena w klimacie gotyckiego horroru jest przeplatana sceną de facto komediową.
Przykładowo, już na samym początku mamy scenę, gdzie najebana jak szpak Josie (Shawkat) wraca po imprezie do domu wraz z kumpelą, która natychmiast zasypia. Josie postanawia wykorzystać okazję i dyskretnie sczochrać kachnę, i… Budzi się rano z ręką w majtkach. Humor sytuacyjny at its best. 😀
Bardzo dobry debiut reżyserski niewiele ponad 30-letniej Amber Tamblyn.

Jak czasem nie wiem, czemu film mi się nie podoba, tak tutaj ciężko wyjaśnić, czemu mi się podobał. Film się nie nudzi, widz cały czas czeka, jak ten clusterfuck się skończy (a kończy się ciekawie). A od strony artystycznej oglądanie filmu to też czysta przyjemność. Polecam, zwłaszcza że film ma aż 4 recenzje na IMDB (z czego dwie 1/10). Recenzentki szlochają, że życie bohaterek kręci się wokół faceta (jakże niefeministycznie), nie kumając, że film jest tak naprawdę o depresji… Można samemu złapać doła.

Osoby preferujące filmy akcji lub poważne dramaty „based on true events” mogą sobie darować.


Una (2016)

W sumie prosta historia o miłości.
Chłopak wyrywa dziewczynę (czy vice versa) i obiecuje, że jej nie opuści aż do… No na pewno przez jakiś czas. A nagle panikuje i próbuje się ewakuować.
Mija ładnych parę lat, dziewczyna postanawia odnaleźć chłopaka i dowiedzieć się, o co poszło.

Jedyny problem: dziewczyna w momencie romansu miała 13 lat, więc tematem filmu oprócz miłości jest też to zjawisko na P…

😳

Dobrze zrobiony i nietypowy film o pedofilii? Hell yeah!

Jest to film dla ludzi dorosłych, i nie chodzi o to, że się pierdolą (or sth), tylko o sensowne pokazanie po pierwsze mechanizmów „zakochania”, a po drugie, czemu w przypadku pedofilii owo „zakochanie” nie może być okolicznością łagodzącą / tłumaczącą osobę „dorosłą”. Bo druga strona „związku” nie może udzielić tzw. consentu, czyli stwierdzić „wiem co robię i zgadzam się na to”. End of line (or is it?).

Una (bardzo dobra Rooney Mara, ostatnio, tj. po Side Effects i Carol się wreszcie do niej przekonałem) jednocześnie szuka resztek uczucia Roy’a (bo afera rozwaliła jej życie, więc brakuje jej miłości zarówno własnej jak i czyjejś) oraz próbuje okazać mu swoją pogardę, będąc świadoma, że jest jego ofiarą. Piękna rola.

Natomiast Roya gra fantastyczny jak zwykle Ben Mendelsohn, IMO jeden z najlepszych obecnie aktorów na świecie (a nie ma nawet nominacji do Oskara). Koleś przez długie lata był australijskim Matthew McConaughey’em, czyli grał ciacho w komediach romantycznych, a potem zagrał w Animal Kingdom i wszystkim kapcie spadły. Gość ma range szerszy niż przysłowiowy odbyt Eltona Johna, potrafi być genialnym villainem (niedoceniony Lost River, Slow West), sympatycznym cwaniakiem (Mississippi Grind) czy połączeniem obu (Bloodline, za rolę w którym dostał Emmy). Niestety ostatnio postanowił zarobić kasę w Gwiezdnych Wojnach, ale chłop ma już swoje lata i jest po przysłowiowych dwudziestu rozwodach, więc trzeba mu wybaczyć…

W „Unie” jest świetny jako „dorosły” (przynajmniej bardziej niż back then) facet, który przede wszystkim się tytułowej Uny… boi. Wie, że w przeszłości zajebał, ma nowe życie, którego nie chce stracić, więc tak naprawdę chce się swojej ofiary jak najszybciej z tegoż życia pozbyć. A jednocześnie chce zostać zrozumiany / uzyskać przebaczenie. Or something.
Jakby to Oliver Bird z Legiona stwierdził: „Figure your shit out!„.

Zdecydowanie warto obejrzeć nawet dla samego actingu (też Riza Ahmeda oraz młodej Ruby Stokes), ale film jest dobry też w innych aspektach (zdjęcia, scenariusz, reżyseria). Ukłony dla ekipy, że podjęła się zrobienia filmu o tematyce, która na wejściu kasowała możliwość uzyskania jakiejś publicity czy dostania nagrody.

Nawet końcówka mi się dosyć podobała, a to się prawie nie zdarza (chyba że chodzi o Fight Club albo jedynkę Terminatora)…


The Shape of Water (2017)

Prepare for some tastefully-done interspecies erotica! 😀

Short review:

Long review:

Połączenie bajki o pięknej i bestii, gotyckiego horroru, nostalgii (?) za latami 50-tymi, filmu szpiegowskiego, komedii… Plus tzw. spin-off Hellboya, bo główny (?) monster to jest przecież brazylijski kuzyn-niemowa Abe’a Sapiena.

Elisa, sprzątaczka-niemowa, zatrudniona w ultra tajnym ośrodku amerykańskiej armii ™ , zakochuje się w jednym z tzw. obiektów badań. Shit hits the fan.

Del Toro nigdy mnie nie zachwycał (even „Labirynt Fauna”), ostatni jego film („Crimson Peak”) był bardzo słaby. Więc nie spodziewałem się wiele. A po trailerach to w sumie się spodziewałem, że reżyser pójdzie w komercję, czyli ze swojego „emploi” zostawi jedynie gotycką scenografię, natomiast usunie wszelkie elementy horroru i zrobi po prostu bajkę plus romans.

A film się zaczyna od tzw. „full frontala” Sally Hawkins, robiącej sobie dobrze w wannie. And things go uphill from there… 🙂

BTW., daj Boże każdej 40-latce takie ciało. I was like:

While teh Missus was more like „Ty, a ile ona ma lat?”. Which shortly after led to:

Jak to jeden mądry internauta raz napisał (o Anne Hathaway): „Her mouth may be a little bit too wide, but if she took her shirt off, you would hardly notice…
Tak jakoś w listopadzie oglądałem Hawkins w Maudie, gdzie grała niepełnosprawną i nieatrakcyjną młodą / umierającą mocno niemłodą kobietę. A tutaj nie tyle „gra” co „jest”, no… młodą kobietą…

Mam nadzieję, że to jednak ona, a nie McDormand dostanie w tym roku Oskara. Ma bowiem znacznie trudniejszą rolę (niemą, rozbieraną i… zoofilną?). 😀 Już na Złotych Globach było ostro:

😀

Dzięki Bogu, że w tym roku jakichś żenatorek w stylu JLaw jako „best actress” chyba nie będzie.

A poważnie, to Hawkins samą mimiką potrafi zbudować świetną postać. Genialne zwłaszcza dwie sceny w jej wykonaniu:

  • „łóżkowa”, a raczej łazienkowa, kiedy wreszcie widać że Elisa jest szczęśliwa, będąc sobą (YOLO),
  • przesłuchania przez Stricklanda, gdzie jest nie tylko pewna siebie (bo uratowała ukochanego przed śmiercią z rąk ręki sadysty), ale mega konfrontacyjna (nawet kosztem zdemaskowania).

Salutacje. Ale że to topowa aktorka, to było przecie wiadomo (Happy-Go-Lucky, Submarine, A Brilliant Young Mind).

Drugi filar aktorski filmu to Michael Shannon a.k.a gościu, który grał we wszystkim. Na ogół gra kolesi na granicy szaleństwa (Take Shelter, Midnight Special, świetne Nocturnal Animals), ale jako villain też jest na ogół genialny (99 Homes, Boardwalk Empire). No a jak trzeba, to potrafi zagrać też tzw. normalsa (Frank & Lola). W SoW tworzy genialną rolę villaina, ale z mocnymi elementami komediowymi (w sumie wszyscy go dymają – podobnie było w Boardwalk Empire). Tyle że jest to chyba jego najmroczniejsza rola, Strickland jest z jednej strony śmieszny, z drugiej obrzydliwy (fetysze), z trzeciej natomiast bardzo niebezpieczny… Szapo ba.

Trzeci filar to Michael Stuhlbarg w roli dla odmiany nie-szalonego naukowca. Ale o nim już pisałem przy okazji Fargo s03…

Generalnie…

Plusy:

  • Świetnie zrobiony miks gatunkowy.
  • Aktorstwo najwyższej klasy, zwłaszcza trójka opisana powyżej.
  • Writing też daje radę (Giles nauczający o szkodliwości masturbacji, rodzina Stricklanda).
  • Ile widzieliście filmów o romansie sprzątaczki z… przerośniętym płazem?
  • Romantyczna, bajkowa, nastrojowa komedia co jakiś czas mutuje w coś zupełnie innego (przemoc, seks, fetysze).

Minusy:

  • Kilka wątków bez sensu / słabo zrobionych (gejowskie problemy Gilesa – ani to origin story, ani secondary plot – po prostu jest; podobnie Zelda – można było z tej postaci wyciągnąć scenariuszowo więcej).
  • Końcówka niezła, ale też nie wybitna.
  • Film o romansie sprzątaczki z… przerośniętym płazem?
  • Kobiety w okolicach 40-stki mogą złapać doła…

Three Billboards Outside Ebbing, Missouri (2017)

Wcześniejsze filmy McDonagh’a mnie nie powaliły. In Bruges taki sobie, Seven Psychopats kompletnie bezsensowny. Spodziewałem się więc totalnej kapy, bo znowu koleś jednocześnie scenopisuje i reżyseruje. Na szczęście się pozytywnie zawiodłem.

Czarna komedia / poważny dramat o walce, toczonej przez matkę brutalnie zgwałconej i zamordowanej dziewczyny („oskarowa” mam nadzieję rola Frances McDormand, z myślą o której postać została zresztą napisana) z… Generalnie całym światem, ale głównie szefem lokalnej policji (świetny jak zwykle Woody Harrelson, że on jeszcze nie dostał Oskara, to jest po prostu skandal) oraz jego równie pierdołowatym co agresywnym zastępcą (oskarowy mam nadzieję Sam Rockwell).
Film dostał 4 Złote Globy (najlepsza drama, scenariusz, McDormand i Rockwell), więc z tymi Oskarami to nie przesadzam.

Plusy dodatnie:

  • Dialogi, zwłaszcza zgryźliwa i agresywna Mildred. Jak by to Tyler Durden określił: „And the shit that came out of this woman’s mouth… I ain’t never heard!„.
  • Bardzo ciekawe i oryginalne postaci (matka z poczuciem winy, złośliwy policjant, agresywny basement-dweller).
  • Topowe aktorstwo, oprócz wyżej wymienionych także np. Abbie Cornish (long time no see in anything interesting), Lucas Hedges (znany głównie z filmów Wesa Andersona oraz z „Manchester by the Sea”), Peter muthafucking Dinklage (wiadomo) czy John Hawkes (jeden z najlepszych amerykańskich aktorów tzw. „charakterystycznych” Winter’s Bone, Martha Marcy May Marlene, Low Down).
  • Perfecyjne łączenie powagi i polewu, zarówno ogólnie, jak i w konkretnych scenach (wizyta duszpasterska, Charlie postanawia casualowo wpaść do byłej żony, Willoughby leaves the building).

Plusy ujemne:

  • Trochę to jest za bardzo „entertaining”, można było to jednak zrobić mniej „w szalonym i zabawnym stylu reżysera”, a bardziej na poważnie. Bo w realu to Mildred by sąsiedzi spacyfikowali w ciągu kilku dni…
  • Końcówka trochę zbyt słaba i zbyt otwarta jak dla mnie.

The Little Hours (2017)

Bardzo luźna adaptacja Dekameronu, z udziałem „gwiazd”, realizacyjnie przypominająca mocno kino staroszkolne (statyczne ujęcia, pewna zamierzona sztuczność).
Czyli w sumie, jak by to najbardziej znany przedstawiciel opolskich organów ścigania sformułował: „To jest do chuja niepodobne!”.

Komedia, ale nie tyle czarna, co raczej zdrowo popierdolona, z dużą ilością faków i seksu. Tym razem w poniższym gifie niczego nie trzeba zmieniać:

Świetne postaci, zwłaszcza naiwna i wścibska Ginevra (genialna Kate Micucci) oraz sfrustrowana i zadzierająca nosa Alessandra (Alison Brie). Aubrey Plaza trochę zbyt „crazy as usual” jak dla mnie, lepsza była w Ingrid Goes West.
Fantastyczne pokazanie seksu jako siły kasującej wszelki idiotyczny purytanizm (religijny czy nie). Brie i Franco (prywatnie para) udowadniają, że ciągle można pokazać pożądanie seksualne bez chamówy a nawet nagości. Nagie (jednak!) udo Alison wyłaniające się spod habitu ma większą siłę, niż wszystkie wygłupy von Triera w „Nimfomance”.

Dobre role drugo- i kolejnoplanowe bardziej i mniej znanych aktorów (Reilly, Shannon, Armisen). Wszystkich kasuje jednak Nick Offerman jako monotematyczny Lord Bruno, któremu żona przyprawia rogi.

Słabości? Zamierzona sztuczność i fakt, że film jest zrobiony ewidentnie dla funu (głównie ekipy). Jeśli ktoś preferuje poważne, realistyczne kino, to może sobie spokojnie darować.